To już trzy miesiące od ostatniego wpisu! Wierzyć się nie chce. A tyle się działo! Jako takiej relacji nie sklecę tu teraz, bo to ani czas, ani miejsce, ale kilka wspomnień- jak najbardziej....
(więcej)To już trzy miesiące od ostatniego wpisu! Wierzyć się nie chce. A tyle się działo! Jako takiej relacji nie sklecę tu teraz, bo to ani czas, ani miejsce, ale kilka wspomnień- jak najbardziej.
Pod koniec roku talent menedżerski Kapcia rozkwitł w całej krasie. Graliśmy tak dużo, że muszę zerknąć do kalendarza, żeby sobie przypomnieć najważniejsze sprawy.
Pierwsze występy w elektrycznym składzie, czyli Słodki Całus Od Buby Band- oj, wróciły wspomnienia. I śmiesznie trochę, kiedy słuchacze przychodzą i mówią, że dziwnie im brzmi to nowe brzmienie. Boszszsz! Nowe! Nowe? Do jasnej choinki- toż to my tak gramy od zawsze! Już na pierwszej kasecie Całusa zagrał, nieżyjący już niestety, genialny jazzowy perkusista Jacek Olter („Chłopaki, nie zrozumcie mnie źle- lubię was bardzo, napiję się z wami zawsze i wszędzie, ale nie każcie mi z wami grać już nigdy więcej!”- może dlatego przezywaliśmy go „Bezpośredni”?).
To zresztą była magiczna sesja. I fajna i trudna zarazem. Pamiętam między innymi taki obrazek: wstaję rano (Warszawa), idę do sklepu po serek i bułki, a tu w sklepie ani bułek, ani kefiru i tylko dziwne spojrzenie sprzedawczyni. Na ulicach tłumy- gnają w jedną i drugą stronę, tłok na przystankach, dzieci z tornistrami... Myślę sobie- kurde, o tej porze? No tak, o tej właśnie porze, bo to czternasta. Jak się nagrywa całą noc, to później rano jest o czternastej. Dziś nie ma problemu- o tej porze w sklepach można dostać wszystko. Bo o której jest rano w takim supersamie, czynnym całą dobę? No i konserwacja poszła do przodu- na mojej (najbliższej domu, znaczy) stacji benzynowej, zaraz koło rusztu z kiełbaskami, jest taka witrynka, a w niej zapiekanki: bułka, ser tarty, jakieś salami i coś tam pewnie jeszcze. Opakowana w folię, a na folii naklejka i magiczny napis: „termin przydatności do spożycia: 17 kwietnia 2011”. Kilka miesięcy! Zgroza.
No, ale poza POWROTEM do starego brzmienia mieliśmy też występy w duecie- Kapeć i ja. To było wtedy, gdy Jacek zabrał się za swój dyplom magistra i ciężko pracował. Poznań i Stargard Szczeciński. Żałujcie, że was nie było, względnie cieszcie się, że byliście. To były niezwykle miłe spotkania. Graliśmy już tak- wędrowaliśmy z Kapciem z Łodzi nad zalew jakiś, do baru Bukowina i później do Wągrowca, gdzie na świeżo wyremontowanym rynku, na którym wycięto prawie wszystkie drzewa, bo tak było na przedwojennych fotografiach, graliśmy jako przedgrupa dla spektaklu „światło- dźwięk- sikanie”- o dwudziestej pierwszej odpalano podświetlaną fontannę sikającą w takt muzyki z głośników. I było sporo widzów. Przy fontannie. GPS Kapcia prowadził nas wtedy dookoła Wągrowca i na przejeździe kolejowym, w jakimś miasteczku 20 kilometrów dalej powiedział damskim głosem „Jesteś u celu”.
I jeszcze dwa duetowe grania: Kudowa Zdrój, u Kaśki „Pod Palmami” i w schronisku Pasterka, u Sokoła. To też była przygoda!
A październik to też nasza- z Jackiem i resztą Formacji- nowojorska przygoda. Relacje są jeszcze dostępne na www.formacja.info, więc się nie będę powtarzał, wspomnę może tylko całusowy akcent: już po festiwalu pojechaliśmy do siedziby polonijnego klubu żeglarskiego, gdzie w pubie na barce graliśmy już raczej solowo mały „afterek”. Jacek pojechał do siostry, ja wypłynąłem na zatokę, ale jak wróciłem, siadłem i zaśpiewałem (z pomocą Conora) całkiem sporo całusowych kawałków. Mi się podobało. Kilku ludziom też- sami mi powiedzieli.
Co do „afterków”, to ostatni w tym roku miał miejsce w Starym Porcie w Krakowie. Tradycyjnie już zresztą po występie siedliśmy przy stoliku i śpiewaliśmy to, na co nie było czasu na scenie, lub na co się ktoś spóźnił, lub to, co ludzie chcieli jeszcze raz zaśpiewać z nami. I tak aż do momentu, kiedy definitywnie i nieodwołalnie trzeba było opuścić lokal (podobnie miałem w Nowym Jorku, kiedy z przyjaciółmi Darka Ocetka- i z Darkiem oczywiście- jedną dziewczyną z Festiwalu i jakimiś przypadkowymi widzami, siedzieliśmy i śpiewaliśmy w barze „Fireplace”. Bardzo dużo Całusa, na prośbę strasznie miłych ludzi- znawców tematu, grających i śpiewających samodzielnie zresztą).
Monika i Kasia (w Starym Porcie) uznały ten wieczór (ten ze Starego Portu, bo już się trochę zaplątałem) za niezbyt udany. Według ich teorii koncert Całusa składa się z trzech elementów: 1. występ; 2. afterek; 3. Karwa. I właśnie Karwy, właściciela zespołu, zabrakło. Faktycznie- jak tu uznać taki wieczór za udany?
A! Zapomniałbym o rozwijającej się karierze solowej! Najpierw w Kwadratowej, gdzie graliśmy z Kapciem krótkie solowe programiki, a później na OPPIE, w Warszawie. W tym roku wystąpiliśmy jako Mariusz Kamper i Słodki Całus od Buby. Cóż, po raz kolejny nie mieścimy się w ramach regulaminu. Festiwal Bardów zakłada występy autorów- wykonawców, a nie zespołów. Jednak ani ja, ani Kapeć bez Całusa jako autorzy- wykonawcy nie istniejemy. No taka jest, póki co, rzeczywistość. Na szczęście dzięki Kaśce dało się jakoś przez ten regulamin przecisnąć- mnie w zeszłym roku, a w tym- Kapcia. No i będzie kontynuacja- już w lutym, w Cafe Anioł w Gdyni, w cyklu koncertów „Zawód- poeta piosenki”, wystąpimy z Kapciem, ale w solowych programach, w trakcie jednego wieczoru.
I było jeszcze tyle innych występów i miłych afterków, że nie sposób ich wszystkich wspomnieć.
Za wszystkie spotkania dziękujemy Wam bardzo. I za te tłumne i za te kameralne, i za te bardzo kameralne. I za imprezy w barach i za przemiły wieczór w wiejskim studiu Marioli, podczas nagrań Ciszy Jak Ta.
A w przyszłym roku życzymy Wam i sobie jak najwięcej spotkań. Tych naprzeciwko siebie, kiedy z estrady prawie Was nie widać, za to słychać i tych, kiedy siedzimy sobie w kręgu, jak to od zawsze ludzie robią, by pośpiewać, pośmiać się, powspominać i posnuć plany na przyszłość.
I oby nas na tych spotkaniach przybywało, a broń Boże nikogo nagle nie ubyło.
DO SIEGO ROKU!
Jurkiel
(mniej)